Była żywą legendą, ale mity pisała sobie sama. Violetta Villas lubiła koloryzować rzeczywistość. To trochę eufemizm. Ona po prostu często mijała się prawdą… kłamała? Nie wiem, być może w tę nieprawdę sama często wierzyła.

 

Trudno jest jednak pisać biografię osoby, której każde wyznanie, każdą wypowiedź, trzeba weryfikować i wyciągać te 30% prawdy z jej opowieści. 

 

A jednak powstała książka wiarygodna. „Villas” jest dobrym dokumentem, czuć tu dobrze przeprowadzone śledztwo, choć mnie odrobinę brakuje iskry geniuszu pokroju Magdaleny Grzebałkowskiej. Ale… Nie czepiajmy się. 

 

Zadziwiająca jest dla mnie skala ilości dzieci wychowywanych przez babcię: to już któraś książka, któryś reportaż pokazujący matkę oddająca na wychowanie dziecko, będąca bardziej daleką ciocią, niż mamą. Ten brak kontaktu ciągnie się potem przez całe życie. Tych więzi już nie można odbudować, stworzyć na nowo. 

 

Ale Violetta była w pewien sposób bezwględna, bo chyba bardziej od śpiewania zależało jej na karierze - tak przynajmniej wynika z książki. Może to cecha ludzi z absolutnym talentem, którzy świetnie wiedzą, że mają coś do zaoferowania światu. I rodzina musi ponieść tego konsekwencje. Ponosiło więc rodzeństwo Villas, poniósł jej pierwszy mąż i syn. I nie tylko oni. 

 

Polecam, czyta się dobrze, jest dużo rozmów z bliskimi, sprawnie wyciągnięte fakty, weryfikacja mitów piosenkarki. Warto. Dla mnie zawsze takie biografie to trochę portret epoki.

"Villas", Izabela Michalewicz i Jerzy Danilewicz

wydawnictwo WAB